„Europejczycy zwą to socjalizmem, Amerykanie – państwem dobrobytu, Obama nazywa to zmianą” – powiedział jeden z doradców Johna McCaina, republikańskiego kontrkandydata Obamy.
„Gospodarka, głupcze!” – hasło kampanii wyborczej Williama Jeffersona Clintona wpisano do annałów politycznych mądrości w przekonaniu, ze amerykańscy wyborcy głosują portfelami a racjonalność gospodarcza przemówi do nich mocniej niż ideologiczne wizje. Rok 1992 był okresem, kiedy amerykańska machina gospodarcza, naoliwiona jeszcze przez Ronalda Reagana, prowadziła do zwycięstwa kandydata Demokratów. Barrack Obama, cieszący się zresztą poparciem Clintona, ma do kapitalizmu zaufanie dużo mniejsze. – by nie rzec, iż nie ma go wcale. Jego hasło to raczej: „Gospodarka jest dla głupców”. Nie ma sensu starać się, ciężko pracować i być innowacyjnym. Obama chce podważyć założenia amerykańskiej konstytucji i ideały ojców założycieli, którzy los jednostki powierzyli jej zdolnościom i zaradności. Jego zdaniem redystrybucja majątku narodowego jest w USA niewystarczająca i potrzeba zmian w prawie, by ten stan odwrócić. Sprawiedliwym podziałem zajmą się urzędnicy. Odbędzie się to kosztem tych bardziej pracowitych, ale jak powiedział Obama w jednym z telewizyjnych wywiadów – Amerykanie nie są chciwi.
Na komentarz do słów Obamy wypowiedzianych w rozmowie z publiczną rozgłośnią w Chicago nie trzeba było długo czekać. „Europejczycy zwą to socjalizmem, Amerykanie – państwem dobrobytu, Obama nazywa to zmianą” – powiedział jeden z doradców Johna McCaina, republikańskiego kontrkandydata Obamy. „Zmiana” - hasło ma dawać nadzieję. Ale co się ma zmienić – pyta zdezorientowany obserwator. Odpowiedź brzmi wszystko. Clinton nie obraził się na przekręcenie jego ideału. Pytania co powiedziałby John Fitzgerald Kennedy, autor pamiętnych sów: „Nie pytaj, co kraj może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla kraju”. Kiedy Barrack Obama mówi, że amerykański Sąd Najwyższy jest zbyt mało radykalny w interpretowaniu amerykańskiej konstytucji w kwestii sprawiedliwości redystrybutywnej, mówi: „Nie pytaj, co powinieneś dać krajowi, po prostu bierz co ci się należy, bo ci się należy”. W Ameryce, byłaby to rzeczywiście prawdziwa „Zmiana”. Nawoływania do gospodarczego rozsądku i zapewnienia o stabilnych podstawach amerykańskiej gospodarki brzmią przy tym skromnie niczym przeprosiny Allana Greenspana za zbytnia hojność banków w udzielaniu kredytów hipotecznych.
Rozdawnictwo nie popłaca nigdy i nikomu. Odbija się czkawką na rynku kredytów, odbija się i w makroekonomii. Propozycje Barracka Obamy to powrót do lat 70. i polityki wysokiego deficytu budżetowego. Zorientowanej na zaspokajanie potrzeb socjalnych uboższych obywateli. taka zmiana, jeśli się dokona, będzie wymagała nowego Reagana, by ją powstrzymać. A ów nowy Reagan zawoła niczym Clinton: „Gospodarka głupcze!”. Reszty dokona cykl koniunkturalny. Zazwyczaj obojętny na koniunktury polityczne.
Radosław Różycki